Młot Lukrecjana ważył tyle, co dobry kamień, ale w jego żylastych dłoniach wydawał się lekki jak gałązka.
STUK. STUK. Każde uderzenie rozchodziło się po skraju lasu krótkim echem.
Lukrecjan nie lubił, kiedy robota szła opornie. A dzisiaj wszystko szło na opak. Słońce grzało za mocno jak na październik, a dębowa żerdź była bardzo sękata. Na dodatek od godziny kręciła się wokół niego wyjątkowo natrętna mucha.
– A maszże ty… – burknął pod nosem, machając wolną ręką wokół ucha.
Mucha zabzyczała i usiadła na trzonku młota. Lukrecjan fuknął, otarł pot z czoła rękawem i spojrzał w stronę pastwiska.

Śmietanka i Plamka miały ten dzień głęboko w nosie. Dosłownie. Leżały w najwyższej trawie, wyciągnięte jak dwa wielkie worki z mąką. Od czasu do czasu któraś z nich poruszyła ogonem, żeby odgonić jakiegoś owada, ale poza tym wyglądały, jakby stały się częścią krajobrazu.
– Znowu to robi – mruknęła leniwie Śmietanka, ledwo uchylając jedno oko. – Macha tą drewnianą pałką. Po co tyle hałasu o jeden kołek?
– Bo on myśli, że jak płot będzie prosto, to trawa będzie smaczniejsza – odpowiedziała Plamka, nawet nie podnosząc łba. – Nerwus. Słyszysz, jak sapie? Od samego słuchania dostałam wzdęć.
Lukrecjan tymczasem podniósł młot do kolejnego ciosu. Zamierzył się, napiął mięśnie i w tym samym ułamku sekundy tłusta mucha usiadła mu prosto na czubku nosa.
Elf zezował przez chwilę na intruza, po czym zaklął szpetnie pod nosem, stracił równowagę i zamiast w żerdź, rąbnął młotem prosto w stary słupek. Drewno pękło z głośnym trzaskiem, a całe przęsło płotu runęło w trawę, wzniecając chmurę pyłu.
Lukrecjan zamarł z uniesionym trzonkiem, gapiąc się na ruinę. Mucha odleciała.
W tym samym momencie Śmietanka i Plamka, jak na komendę, podniosły głowy. Spojrzały na leżący płot, potem na czerwonego z wściekłości gospodarza, a potem na siebie.
– No i otworzył nam furtkę – zauważyła Plamka.
– Myślisz, że chce, żebyśmy poszły w las?
– Eeee, za daleko. Wolę tę koniczynę za rowem.
Krowy powoli, z godnością podniosły się na nogi. Ruszyły przed siebie, ignorując stojącego jak posąg Lukrecjana, i zaczęły ostentacyjnie przechodzić nad złamaną żerdzią.
Lukrecjan poczuł, że ciśnienie rozsadza mu skronie. Miał ochotę rzucić młotem w krzaki, ale zamiast tego po prostu wypuścił głośno powietrze przez nos. Podszedł do Plamki, złapał ją delikatnie za skórzany kantar i zatrzymał.
– No i gdzie leziecie, wy szkodniki leśne? – mruknął, a jego głos, choć szorstki, stracił całą złość. – Tam jest bagno. Potopicie się, a ja będę musiał was wyciągać. Nazad na łąkę.
Plamka fuknęła mu prosto w twarz ciepłym, trawiastym oddechem, ale posłusznie zawróciła. Śmietanka poszła za nią. Lukrecjan postał chwilę, patrząc na ich kołyszące się boki, po czym schylił się, podniósł pęknięte drewno i zaczął szukać w kieszeni sznurka, żeby prowizorycznie powiązać konstrukcję.

– I po co było tak dramatyzować? – mruknęła Śmietanka, opadając ciężko na trawę tuż obok nowej dziury w płocie. -Przecież od początku było wiadomo, że skończy się na sznurku.
– Dokładnie – przytaknęła leniwie Plamka, zamykając oczy. – Dwunożne to jednak skomplikowane stworzenia. Najpierw robią hałas na cały las, a potem i tak naprawiają wszystko sznurkiem.
– Ale trzeba mu przyznać, że jak na kogoś bez ogona, całkiem nieźle radzi sobie z muchami – zamuczała Śmietanka.
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌
Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗
Przesyłam ciepłe iskierki!
Elena 🌿
I znowu piękne dwa światy, a jedno wydarzenie. Krówki choć nie bardzo rozumieją swego opiekuna, co robi i po co, dzanują go i słuchają, a opiekun odwdzięcza im się, dobrym sercem i płotem, który ma im zapewnić bezpieczeńswo.
Lukrecjan to niezły nerwus 🤣🤣🤣jeszcze w naszej leśnej rodzince nie było takiego charakterku.