Gdy do drzwi puka strach – opowieść fantasy z Wybrzeża Mgieł

Popołudniowy przypływ przyniósł na Wybrzeże Mgieł gęstą, chłodną zasłonę. Ocean uderzał o stopy szarych klifów z głuchym, rytmicznym łomotem, a piana syczała na kamieniach niczym gasnące iskry. W takie dni, gdy świat kurczył się do zaledwie kilku kroków wokół rybackich chat, w osadzie zamierał pośpiech. Ludzie szukali schronienia, naprawiali sieci w cieple palenisk i czekali, aż morze łaskawie odsłoni horyzont.

Na samym skraju kamiennego mola, zupełnie niewrażliwy na tnącą twarz słoną bryzą, siedział Seanne. Choć nie należał do najstarszych członków klanu, jego sylwetka – szeroka w barkach, wyprostowana, uparcie przypominająca o latach spędzonych w rycerskiej zbroi – budziła wśród członków klanu instynktowny szacunek.

Starszy elf Seanne z siwą brodą siedzi na skale przy spienionym oceanie i rozciera w dłoniach białe kryształki soli morskiej.

Seanne nie mówił wiele. Od czasu, gdy porzucił wielki świat, krwawe bitwy ze smokami i metalowy chłód miecza, wolał słuchać. Mimo to, a może właśnie dlatego, starszyzna wioski i młodzi tkacze sieci przychodzili do niego z każdym problemem, z którym nie potrafili sobie poradzić.

Dziś na molo podszedł do niego młody, zaledwie dwudziestoletni rybak, trzymając w dłoniach pęknięte dębowe wiosło i patrząc na wzburzoną wodę ze strachem, którego nie potrafił ukryć.

– Seanne – zaczął cicho młody elf, siadając na wilgotnym kamieniu. – Starszyzna mówi, że jutrzejszy sztorm zmusi nas do wyjścia w morze, by ratować zwoje morskiej wełny. Ja… ja boję się tego ryczącego bezmiaru. Fale wydają się dziś potworami, które chcą nas pożreć. Jak ty to robisz, że patrzysz na ten żywioł i nawet nie drgnie ci brew? Myślałem, że dawni rycerze w ogóle nie znają strachu.

Seanne powoli odwrócił głowę. Jego twarz, poorana głębokimi zmarszczkami i naznaczona starą, bladą blizną na policzku, stała się bardzo poważna. Przestał na chwilę rozcierać w silnych palcach szorstkie grudki morskiej soli – poranny rytuał, który miał oczyszczać jego dłonie z pamięci o dawnej broni.

Starszy elf Seanne pociesza na molo młodego elfa rybaka, trzymając dłoń na jego ramieniu nad pękniętym drewnianym wiosłem na Wybrzeżu Mgieł.

– Kto ci powiedział, że rycerze się nie boją, chłopcze? – odezwał się Seanne, a jego głęboki, niski głos miał w sobie siłę starego dębu. – Słyszałem ten mit wiele razy. Wszystkim na lądzie wydaje się, że zbroja chroni przed lękiem, a serce weterana staje się z kamienia. To nieprawda. Stałem naprzegiw potworów, których oddech topił tarcze. Za każdym, absolutnie za każdym razem mój brzuch kurczył się ze strachu, dłonie robiły się śliskie, a w głowie miałem tylko jedną myśl: uciekaj. Strach to strach. Nie da się go oszukać, wymazać ani zaczarować. Kiedy przychodzi, po prostu paraliżuje cię od środka i tyle.

Stary wojownik położył swoją wielką, ciężką i szorstką od soli dłoń na drżącym ramieniu młodego elfa, zmuszając go, by spojrzał mu prosto w oczy.

– W moim dawnym zakonie starszyzna powtarzała jedno proste zdanie, które zrozumiałem dopiero po wielu latach walk: kiedy do drzwi twojego serca puka strach, nie udawaj, że go tam nie ma. Pozwól mu pukać. Ale spraw, by to odwaga wstała z fotela i poszła mu otworzyć. Odwaga to nie jest brak lęku, chłopcze. Odwaga to decyzja, że pójdziesz na tę łódź i chwycisz za wiosło pomimo tego, że całe twoje ciało drży ze strachu. Jutro rano będziesz się bał. Ja też będę się bał. Ale obaj staniemy na pomoście, bo nasza wioska potrzebuje tego jedwabiu, by przetrwać zimę. Lęk ma prawo tam być, ale nie ma prawa trzymać steru twojej łodzi.

Młody rybak patrzył na Seanne w milczeniu. Te proste, surowe i prawdziwe słowa uderzyły w niego mocniej niż jakakolwiek rada. Zrozumiał, że nie musi być idealnym, nieustraszonym bohaterem. Może się bać – i wciąż być silnym.

Wieczorem, gdy w oknach osady zapłonęły pierwsze lampiony, Seanne wrócił do swojej chaty.

Młoda elfka o długich miedzianych włosach nalewa z czajnika gorący napar przy drewnianym stole rozświetlonym świecami, podczas gdy w tle przygląda się jej starszy elf Seanne.

Elfie czekała już na niego przy drewnianym stole, parząc gęsty napar z liści dzikiej róży zbieranej o świcie na klifach. Gdy stary elf usiadł i owinął zmęczone barki grubym kocem z oceanicznego jedwabiu, jego córka uśmiechnęła się ciepło, widząc spokój na jego twarzy. Wiedziała, że jej ojciec znowu oddał cząstkę swojej wywalczonej odwagi komuś, kto bardzo jej potrzebował. I była z tego niesamowicie dumna.

Starszy elf Seanne owinięty morskim kocem odpoczywa z uśmiechem w drewnianym fotelu przy rozpalonym kominku.

🌿 Drogi Wędrowcze!

Seanne przypomniał nam dziś prostą prawdę: strach odwiedza każdego z nas, ale to od nas zależy, kogo poślemy, by otworzył mu drzwi. Czy w Twoim życiu była sytuacja, w której mimo ogromnego lęku to właśnie odwaga chwyciła za ster i pozwoliła Ci pójść naprzód? Napisz w komentarzu 👇

🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿

🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌

Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗

Przesyłam ciepłe iskierki!

Elena 🌿


Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

8 myśli na temat “Gdy do drzwi puka strach – opowieść fantasy z Wybrzeża Mgieł

Dodaj własny

  1. Nie przypominam sobie teraz takiej sytuacji w swoim życiu, choć zdarzają się oczywiście chwile trudne, pełne obaw, ale chyba nie jest to strach, ot życie, każdy ma swoje lęki, którym stawia czoła na codzień, dobrze jest jednak mieć kogoś takiego jak Seanne w chwilach zwątpienia, kogoś, kto doda odwagi i podniesie na duchu, dziękuję za tę piękną opowieść, pozdrawiam i życzę dobrej nocy🙏🤗❤️🫶❤️🌛🌠🌌😴🌳🌿🍃

    1. Każdy z nas niesie swój własny, codzienny koszyk pełen mniejszych lub większych obaw i po prostu idzie z nim naprzód, bo takie jest życie. To wielka sztuka stawiać im czoła dzień po dniu. W tych momentach zwątpienia największym ratunkiem jest drugi człowiek (lub elf!), który nie ocenia, nie daje gotowych recept, ale po prostu jest obok, parzy ciepły napar i swoją obecnością przypomina nam o naszej własnej sile. Spokojnej i dobrej nocy 🌿💙

  2. Gdzieś przeczytałem, że pomagając komuś, pomagasz sobie. Pomoc rozkłada się.
    Jak widać na załączonym obrazku przynosi zadowolenie, szczęście. Warto więc pomagać

    1. Wiesiu, jak zwykle trafiłeś w samo sedno – to jedna z najpiękniejszych i najprostszych prawd o pomaganiu. Ta dobra energia zawsze wraca i zatacza koło, podnosząc na duchu obie strony. Stary Seanne doskonale o tym wie. Pomagając młodemu rybakowi oswoić lęk, sam odnajduje spokój po latach własnych bitew i zmagań. Na tym właśnie polega siła klanu na Wybrzeżu Mgieł – nikt nie zostaje sam ze swoim sztormem.

  3. Strach, obawa, pięknie napisałyście o tych emocjach. Strach to takie pierwotne, intuicyjne reakcje. Obawa, ucywilizowan reakcja, z którą stykamy się na codzień. Puki co mamy szczęście, że nie musimy podejmować decyzji czy uciekać, czy bronić się w obronie życia. Nie musimy stykać się z tak ekstremalnymi wyborami. Dzisiaj można wybrać sobie spotkanie ze strachem jako rozrywkę, bo skok na bangi, czy alpinistykąpę nikt nie musi uprawiać, a przecież to mocno stresogenne zajęcia. Idąc w góry trzeba mieć szacunek do natury, nie szarżować. Podobnie jest ze zwykłym pływaniem, nigdy nie przesadzać, zawsze się zabezpieczać.
    Bywa też, że dla ratowania cudzego życia, musimy poświęcić czas, siły, zdrowie. I znowu nie należy przesadzać, bo możemy zaszkodzić temu, któremu chcemy pomóc.

    1. Szacunek do natury, gór czy wody to podstawa i rzucanie im bezmyślnego wyzwania rzadko kończy się dobrze. Rybacy z Wybrzeża Mgieł doskonale to wiedzą; ocean uczy ich pokory każdego dnia. Starszyzna klanowa zawsze powtarza, że ślepy zapał bywa groźniejszy od flauty. Żeby wyciągnąć kogoś z głębokiej wody, samemu trzeba mocno stać na pomoście – inaczej pociągnie się na dno i siebie, i drugą osobę. 🌊⚓ bezpieczna woda i spokojny bór dla Ciebie!

  4. Dla mnie jednym z największych wyzwań było kontaktowanie się z nieznanymi osobami, wypowiadanie się przed większym gronem. Bardzo nie lubiłem w szkole odpowiadać. Wolałem już pisać na tablicy, a najbardziej odpowiadały mi kartkówki i klasówki. Byłem nieśmiały. Zwrócenie się o jakąkolwiek pomoc, było olbrzymim wyzwaniem. Pokonywanie strachu stało się codziennością. Długo z tym walczyłem. Podstawą było polubienie siebie.😊
    Trochę udało się.

    1. Polubienie samego siebie to chyba najważniejsza i najtrudniejsza bitwa, jaką musimy w życiu stoczyć – bez tego żaden pancerz ani miecz nie pomogą nam wyjść do świata. To, o czym piszesz, czyli nieśmiałość i lęk przed oceną innych, paraliżuje mocniej niż niejeden sztorm. Najpiękniejsze jest jednak to, że nie dałeś się temu zamknąć w czterech ścianach. Pokonanie takiego wewnętrznego oporu krok po kroku wymaga potężnej odwa­gi. To, że dziś potrafisz tu z nami tak otwarcie pisać i dzielić się swoimi myślami, to najlepszy dowód na to, że wygrałeś tę walkę. Wielki szacunek za to! Trzymaj się ciepło i dobrego weekendu! 😊 postawiłeś twarde warunki swoim lękom i to jest świetne.

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej