Słońce malowało górskie granie na purpurowo i złoto. Hektor wciąż siedział ze spuszczoną głową, ukrywając twarz w dłoniach.
– Nie ma sytuacji bez wyjścia, Hektorze! – powtórzył dziarsko doktor Ambroży Pukawka, choć sam trochę przygryzał usta, patrząc na pionową, zupełnie gładką ścianę góry, która zagrodziła drogę olbrzymowi.
Podczas gdy lekarz mruczał pod nosem, że medycyna nie zna pojęcia „za wąskie przejście”, Earyn i Aarien stanęli przy krawędzi wąwozu, bacznie przyglądając się skałom.
– Ambroży, ucisz się na chwilę, proszę – zawołał nagle Earyn. – Hektorze! Te głazy tworzące gardziel wąwozu nie są jednolitą skałą. To polodowcowe narzutniaki. Tkwią tu mocno, ale pod spodem warstwy są kruche i pełne łupków.
Aarien podchwycił myśl przyjaciela, szybko kreśląc coś w swoim notesie.
– Jeśli we trzech wejdziemy do wąwozu i podważymy dolne, zwietrzałe warstwy, cała ta boczna, spiczasta skała powinna osunąć się o jakieś dwa łokcie. Dla nas wąwóz wciąż będzie bezpieczny, ale dla Hektora… Ścieżka na górze rozszerzy się na tyle, że bezpiecznie ominie pionową ścianę bez ryzyka lawiny!
Hektor uniósł głowę. Chmury wokół jego kolan lekko zbielały.
– Naprawdę… Dacie radę to zrobić bez burzenia góry? – zapytał z niedowierzaniem.
– My nie, ale siła dźwigni i prawa natury już tak! – fuknął Ambroży.
Praca była ciężka i wymagała chirurgicznej precyzji. Przez godzin w wąwozie słychać było jedynie stukanie i zgrzyt kamieni. Trzej elfowie nie szczędzili sił, starając się rozbić zwietrzałą warstwę. Hektor czuwał z daleka, wstrzymując oddech z przejęcia.
Wreszcie, z głębokim, stłumionym tąpnięciem, wielki skalny blok drgnął i osunął się lekko. Przejście na górnej grani otworzyło się przed olbrzymem.
– Droga wolna, wielkoludzie! – zawołał spocony, ale dumny Ambroży.
Gdy Hektor ostrożnie postawił stopę na nowym fragmencie ścieżki, z jego piersi wyrwało się westchnienie ulgi, które rozpędziło wszystkie deszczowe chmury nad przełęczą. Strach, który dotąd szeptał mu, by zawrócił, nagle uleciał wraz z górskim wiatrem.
Dalsza droga, choć wciąż wymagająca, minęła im sprawnie. Trzy dni później, gdy horyzont zaczął łagodnieć, leśna gromada wyszła na skraj potężnego płaskowyżu.
Przed nimi rozpościerała się Kraina Kamiennych Pól. Było to miejsce surowe, ale na swój sposób mistyczne – pełne gigantycznych, naturalnych kamiennych kręgów, monumentalnych skał o przedziwnych kształtach i niskich, purpurowych wrzosowisk rozciągających się aż po horyzont. A pośród tych skał, z oddali, widać było dymy unoszące się z ogromnych, ziemnych domostw. Domów dla kogoś o gabarytach Hektora.

Gdy zbliżyli się do pierwszych kamiennych zabudowań, zza wielkich głazów zaczęły wyłaniać się potężne sylwetki. Byli to tutejsi olbrzymowie – o skórze szarej jak granit, z brodami uplecionymi z suchych traw i porostów. Patrzyli na nadchodzących przybyszów z nieufnością i zaskoczeniem. Jeszcze nigdy nie widzieli olbrzyma podróżującego w towarzystwie trzech małych elfów i dwukołowego wózka.
Hektor, czując na sobie wzrok pobratymców, znów lekko się zgarbił, ale doktor Ambroży natychmiast szturchnął powietrze palcem.
– Głowa do góry, przyjacielu! Pamiętaj, co niesiesz na plecach!
Olbrzym przypomniał sobie o podarkach. Zdjął z pleców wielki, wiklinowy kosz, w którym spoczywały upieczone przez babcię Ettę i inne elfki z doliny bochny chleba, wciąż pięknie pachnące.
Earyn z Aarienem z kolei z uśmiechem wskazali na beczkę Bursztynowego Brzęczu.
Najstarszy z miejscowych olbrzymów, zwany Gormem, podszedł powoli do Hektora. Spojrzał na chleb, powąchał go, a jego surowa twarz lekko drgnęła. Wziął jeden z bochnów, ułamał, a kiedy spróbował pierwszy kęs, umoczywszy zaraz potem usta w złocistym, słodkim napoju od rybaków, jego śmiech wstrząsnął okolicznymi głazami.
– Taki chleb… i taki napitek w naszych progach? – zagrzmiał Gorm. – Witajcie, Wędrowcy! Ktokolwiek przynosi ze sobą zapach Lasu z Mchu i Paproci, jest u nas mile widziany.

Minęło kilka tygodni.
Hektor powoli zaczął zadomawiać się w nowym świecie. Praca fizyczna pośród swoich sprawiła, że z jego oczu zniknął głęboki smutek. Odnalazł własny kąt, uczył się od Gorma dawnych pieśni, a wieczorami słuchał opowieści o świecie istot równych mu wzrostem.
Ambroży, Earyn i Aarien wiedzieli, że ich misja dobiegła końca. Siedząc w oddaleniu od gigantycznego ogniska, wpatrywali się w szczęśliwego Hektora.
– No i widzicie? – mruknął pod nosem Ambroży Pukawka, pociągając łyk herbaty – Wyleczony. Choć muszę przyznać, że i mnie to miejsce służy. Ale czas wracać do naszego Lasu, panowie. Praca medyka nigdy się nie kończy.
Ciąg dalszy nastapi!
Poprzednie części przeczytasz tutaj:
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌
Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗
Przesyłam ciepłe iskierki!
Elena 🌿
Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
No i proszę, trzech małych elfów poradziło sobie z ogromnym problemem i przeszkodą , który według Hektora był nie do pokonania.I wreszcie dotarli do celowego miejsca, nowego domu Hektora🥰♥️🌿🌹🥰
Tak, osiągnęli cel podróży, pozostaje tylko pytanie, czy w tymi miejscu Hektor odnajdzie sens… W każdym razie jest nadzieja!
Prawa fizyki rządzą światem 😊. Tu podważyć delikatnie tam mocniej i wszystko się udało. Teraz razem z Hektorem będziemy poznawać zwyczaje wioski olbrzymów 🌳🌳🌳Miłego wieczoru😘
Tak, Światami rządzą prawa fizyki, ale i miłości. Miłości w różnych formach, bo przyjaźń to też rodzaj miłości i jeśli ją odpowiednio oferujemy i umiejętnie przyjmujemy poradzimy sobie z problemami. Mali zwinni elfowie, pomagają poczciwemu, nieco wycofanemu olbrzymowi. Cóż że wiele ich różni gdy łączy wspólny cel i przyjaźń. Dali radę.
Myślę, że dla Hektora powiedzenia „wszędzie dobrze, a w domu najlepiej” nabrało nowego sensu. W swoim środowisku, zyska pewność siebie i wiele się nauczy. Przy jego dobrym sercu wróży mu to dobrą przyszłość.