Z mgły za nimi wyszły ogary. Pierwszy zaryczał – ten chrapliwy, metaliczny dźwięk aż świdrował w uszach. Ruszyły na nich bezwładnie, ale bardzo szybko. Z mechaniczną, ślepą precyzją.

– Aarien, Earyn! Szybko, osłona! – krzyknął Sylwion. Chwycił przed siebie kostur Thalendira. Kryształ na czubku tlił się lekko, jakby dopiero budził się ze snu.
Młodzi nie czekali. Dwie strzały prawie jednocześnie uderzyły w pierwszą bestię. Jedna wbiła się głęboko, tam gdzie łączą się blachy na karku. Sypnęło iskrami, a ze szczeliny chlusnął czarny, śmierdzący smar. Konstrukcja na chwilę straciła rytm, ale para w tłokach wciąż pchała to żelastwo do przodu.

Sylwion dopadł do klatki. Wyglądało to strasznie. Z ciała Thalendira uchodziły cienkie, zielone pasma energii – maszyna dosłownie wysysała z niego życie przy każdym uderzeniu centralnego tłoka.
– Eladriel! – Sylwion odwrócił się, szukając jej wzrokiem. – Zamroź to! Musisz zablokować te tryby! Jeśli łańcuchy puszczą, a to wciąż będzie chodzić, pęd rozszarpie mu umysł!
Eladriel podeszła bliżej. Miała zaciętą twarz, całe dotychczasowe opanowanie zniknęło. Kiedy uniosła dłonie, powietrze wokół jej palców zaszło szronem.
– Szykujcie się – rzuciła krótko, a z ust buchnęła jej para. – Mam jedno podejście. Jak złapie lód, odcinajcie go.
W tym samym momencie Aarien musiał skakać w bok, bo stalowe kły ogara o mało nie rozpłatały mu piersi. Earyn dopadł bestii od boku, ładując krótki miecz prosto w przewody ciśnieniowe. Syknęło, uderzyła gorąca para, a potwór zwalił się w błoto, przebierając w miejsc zakończonymi żelaznymi szponami łapami.
Ale było ich za mało. Krąg maszyn zaciskał się z każdej strony.
– Teraz! – krzyknęła Eladriel i uderzyła dłońmi w brudną ziemię.
Fala mrozu poszła po gruncie jak błyskawica. Gdy uderzyła w centralną machinę, wielkie tryby pokryły się lodem w ułamku sekundy. Maszyneria wydała z siebie potępieńczy jęk. Zamarznięty smar zablokował mechaniczne serce i tłok stanął w miejscu. Zielone nici magii zaczęły pękać.

– Sylwion, już! – wrzasnęła Lioriel, wyciągając sztylet.
Zadziałali w tym samym momencie. Błękitny promień z kostura uderzył w zmrożone, przeżarte rdzą łańcuchy. Żelazo nie wytrzymało. Pękło z hukiem jak strzał z bata. Klatka puściła, a bezwładne ciało Thalendira poleciało w dół. Sylwion z Lioriel złapali go w ostatniej chwili, sami padając na kolana.
Wtedy centralny świder eksplodował. Ciśnienie i lód rozsadziły go od środka. Fala uderzeniowa rzuciła ich na ziemię w chmurze lodowej pary. Kiedy pył opadł, reszta ogarów stała już nieruchomo – bez zasilania były tylko stertą bezużytecznego złomu.
Nastała cisza. Taka, że aż dzwoniło w uszach.
Sylwion podniósł się, kaszląc, i od razu dopadł do przyjaciela. Thalendir ledwo dychał. Miał szarą, trupią skórę, a całe ciało sztywne i lodowate.. Maszyna zostawiła w nim pustkę.
– Mistrzu Thalendirze… – Lioriel klęczała obok, po twarzy ciekły jej łzy. Stary mędrzec tylko cicho rzęził.
Eladriel podeszła powoli. Słaniała się na nogach, jej płaszcz był w strzępach, ale w oczach miała dziwny spokój. Uklękła z drugiej strony i położyła dłonie na jego piersi.

Gdy dotknęła materiału, wokół nich rozlało się słabe, błękitne światło. W unoszącej się parze zamigotały jakieś obrazy. Sylwion i Lioriel patrzyli jak urzeczeni.
Przez chwilę zamiast tej czarnej, zniszczonej niecki widzieli Las z Mchu i Paproci sprzed kilkuset lat, tonący w słońcu. I ich dwoje – młodych. Thalendir nie miał jeszcze wtedy ani jednej siwej nitki w brodzie, śmiał się głośno. Eladriel była młoda, miała kwiaty we włosach. Obraz pokazał moment, gdy chłopak podawał jej ich pierwszy, wspólnie wyhodowany kryształ, a ich palce się splatały. Czysty, dawny żal wymieszany z miłością, której czas nie zdołał zabić.
Wizja zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Eladriel drgnęła, a po jej policzku spłynęła jedna łza. Na mrozie od razu zmieniła się w lód.
– Maszyna nie zdążyła – powiedziała cicho – Ale jest skrajnie wycieńczony. Oddał lasowi wszystko. Będzie chorował, Sylwionie. Droga do uzdrowienia będzie długa… Ale nie pozwolę mu umrzeć. Już nie.
Z jej dłoni znowu popłynęło światło, ale tym razem ciepłe. To była ta strona zimy, która pozwala naturze zasnąć i przeczekać najgorsze przed wiosną. Oddech Thalendira powoli się wyrównał. Twarz mu stężała, odzyskując spokój.
Sylwion spojrzał na kostur, potem na resztę. Dolina była zrujnowana, przyjaciel ledwo żył, a przed nimi było więcej pytań niż odpowiedzi. Ale kiedy wiatr poruszył koronami drzew, nie był już tak nieznośnie zimny. Pachniał nadzieją.
Młodzi strażnicy naprędce przygotowali nosze z sosnowych gałęzi i rzemieni, i delikatnie ułożyli na nich bezwładne ciało mędrca. .
Każdy ruch wykonywali w absolutnym milczeniu, wciąż słysząc w uszach niedawny, potępieńczy jęk rozrywanej mrozem machiny. Dolina, choć uwolniona od paraliżującego chłodu, przypominała pobojowisko – las był pełen połamanych drzew, a zamarznięte błoto i czarne ślady po mechanicznym smarze tworzyły ponury obraz zniszczenia.
Aarien i Earyn chwycili za drążki noszy, poruszając się ostrożnie, by nie urazić chorego Thalendira. Sylwion szedł tuż obok, mocno opierając się na odzyskanym kosturze. Kryształ na jego czubku pulsował teraz miarowym, acz kruchym blaskiem – zupełnie jak słabnące bicie serca leśnego mędrca. Lioriel i Eladriel szły na końcu.
Eladriel, choć skrajnie wyczerpana rzuceniem potężnego zaklęcia, nie odstępowała Thalendira nawet na krok, czuwając nad każdym jego płytkim oddechem.
Ruszyli w drogę powrotną. Ścieżka była długa i stroma, ale z każdym przebytym kilometrem martwa cisza zamarzniętego torfowiska ustępowała miejsca znajomym odgłosom. Wiatr, który jeszcze rano ciął twarze niczym lodowe sztylety, teraz łagodniał, niosąc ze sobą wilgotny zapach mchu i żywicy. Las powoli odzyskiwał swój głos.
Gdy późnym wieczorem na horyzoncie zamigotały wreszcie ciepłe światełka Domu pod Wiązami, na spotkanie wędrowcom wybiegła zmartwiona Etta. Natychmiast dostrzegła zmęczenie na twarzach strażników i bladą sylwetkę Thalendira. Nie pytała o nic. Od razu szeroko otworzyła drzwi, wpuszczając ich do środka. Odetchnęli ciepłem rozgrzanej kuchni, w której na piecu parował już świeży napar z lipy.
Thalendir został ułożony w najcieplejszym kącie izby, na miękkich posłaniach z gęsiego puchu. Choć bitwa o uratowanie jego życia została wygrana, wszyscy wiedzieli, że prawdziwa walka o jego powrót do zdrowia dopiero się rozpoczyna. Cień nad doliną został rozproszony, ale rany, jakie maszyna zadała leśnej magii, miały goić się jeszcze przez wiele długich miesięcy.
Poprzednia część:
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌
Jeśli zostawisz swój e-mail, to w każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Co tydzień znajdziesz w nim nową niespodziankę! Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗
Przesyłam ciepłe iskierki!
Elena 🌿
Pierwsza wygrana bitwa. Muszą zewrzeć swoje szeregi, i ne pizwolić bezdusznej maszynie na powtórny atak.
Maszyny mają to do siebie, że nie znają zmęczenia ani strachu, co daje im przewagę nad mieszkańcami Lasu. Bohaterowie wygrali czas, ale przeciwnik na pewno wyciągnie wnioski z tej porażki przed kolejnym uderzeniem.
Na szczęście udało się wygrać to starcie. Jednak czy niebezpieczeństwo jest zażegnane?
Tak, to raczej wygrana bitwa niż cała wojna. Prawdziwe intencje przeciwnika dopiero zaczynają wychodzić na jaw, więc najciekawsze dopiero przed nami.
To była niesamowita bitwa, jak z jakiegoś horroru niemalże, Eladriel ostatecznie odmieniła swoje serce i uratowała Thalendira i Las, szczęśliwie wszyscy powrócili do domu, mam nadzieję, że Mędrzec szybko dojdzie do siebie, a Las będzie już bezpieczny🙏🌲🌳🌿☘️🍃🍂🍁✨️💞💖
Aniu, powrót do domu to jedno, ale emocje po takim horrorze tak szybko nie opadną. Zmiana w sercu Eladriel była kluczowa, ale bezpieczny Las to wciąż dość krucha obietnica. Kolejne dni pokażą, czy rany Mędrca szybko się zagoją.