Na Wybrzeżu Mgieł poranki budziły ostrym, czystym chłodem. Sól osiadała na ustach, zanim w ogóle otworzyło się oczy – zupełnie inaczej niż w głębi lądu, gdzie powietrze pachniało wilgocią, prastarym lasem i paprociami.
Tutaj świt zazwyczaj zaczynał się od zimnego, wilgotnego podmuchu, który wpychał się pod tunikę, i od tego miarowego, głuchego łomotu fal o kamienie, który po latach stawał się dla mieszkańców jedyną prawdziwą ciszą.
Słońce ledwo co drgnęło nad wodą, rzucając na zatokę głęboki, siny błękit, a na przystani już tętniło życie.

Tutejsze elfy nie miały w sobie nic z tych dumnych paniczy z pałaców Elar-Vael – nie znały dworskich manier, zresztą na bezużyteczne rozmyślania szkoda im było czasu. To był kanciasty, żylasty lud z dłońmi szorstkimi od codziennej pracy. Ocean żywił ich szczodrze, ale też regularnie przypominał o pokorze. Brał i dawał, kiedy chciał, według własnych, nikomu nieznanych praw.
Elfie stała na śliskich od glonów deskach pomostu, zmagając się z wiatrem, który lepił jej miodowe włosy do twarzy i chłodził kark. Pomagała przy linach. Miała jeszcze młode palce, ale skóra na nich zdążyła już poznać szorstkość konopi i wieczny chłód morskiej wody. Patrzyła na smukłe, porysowane burtami łodzie.
Żeby tylko dzisiaj morze było łaskawe, pomyślała krótko, odprowadzając wzrokiem pierwszą krypę, która odbijała od brzegu.
Czas na Wybrzeżu mierzyło się pracą. Młodsi w skupieniu rozplątywali ciasne węzły sieci, a starzy rybacy, z oczami wiecznie zmrużonymi od blasku wody, tylko rzucali okiem na niebo. Nie potrzebowali map – po prostu potrafili wyczytać z chmur każdą nadchodzącą zmianę.
Wypłynięcie zawsze uciszało plażę. Głosy cichły, zostawał tylko ostry pisk mew i suchy trzask wioseł o ramy. Elfie czekała zawsze na ten jeden moment – kiedy dno łodzi uderzało o pierwszą wielką falę, a serce na sekundę zamierało w piersi. To nie była lekka wyprawa, tylko ciężka, fizyczna harówka. Raz wracali z pełnymi ładowniami, że aż burty szły pod wodę, a innym razem z porwanymi sieciami i dłońmi skostniałymi od mrozu. Matka zawsze powtarzała, że morze nikomu nic nie dłużne. I nikt tu nie narzekał, kiedy ryby nie brały. Przyjmowali pustkę z tą samą akceptacją, z jaką witali obfitość.
W południe, kiedy zaczynał się odpływ, odsłoniły się szerokie połacie mokrego, ciemnego piachu. Kobiety ruszyły w dół.
Elfie wzięła wiklinowy kosz i weszła po kostki w przejrzystą wodę. Ta była wyjątkowo zimna. Palce szybko jej drętwiały, gdy grzebała w mule za małżami i tymi twardymi, słonawymi ziołami, które rosły tuż przy wydmach. Lubiła to, bo to był czas, kiedy była sama z myślami.

Zastanawiała się tylko, czy te większe muszle nie popękają przy obróbce – ojciec znowu marudził, że potrzebuje gładkich guzików do podróżnych płaszczy. Na Wybrzeżu nic się nie marnowało.
Wieczory były najlepsze, pełne gęstego, żywicznego dymu.
Kiedy łodzie były już bezpiecznie przywiązane, na kamieniach rozpalało się wielkie ogniska. Nie marnowali dobrego drewna z lasu; palili tym, co morze wyrzuciło na brzeg – wysuszonymi na słońcu, poskręcanymi pniami, które przy paleniu pachniały jodem, żywicą i dawnymi sztormami. Wszyscy siadali razem, tłocząc się przy cieple, dzielili się pieczoną rybą i gadali o starych rejsach, które z każdym rokiem robiły się w ich opowieściach coraz bardziej niezwykłe.

Elfie usiadła kawałek dalej, przesypując w dłoni ostre kamyki. Spojrzała na swoje palce – czerwone od soli, smagane wiatrem, ale silne. Potem popatrzyła na te zmęczone, podświetlone pomarańczowym ogniem twarze pobratymców.

Poczuła w piersi dziwne, ciepłe ściśnięcie. Była u siebie. Miała wokół elfy, które w razie potrzeby skoczyłyby za nią w każdą głębinę.
Gdzieś tam, daleko, w Lesie z Mchu i Paproci, Zefir pewnie już dawno spał, owinięty w swoje czyste, miękkie skóry. A tutaj, tuż obok jej stóp, ocean monotonnie i ciężko dyszał, jak wielkie, senne stworzenie.
🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌
Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗
Przesyłam ciepłe iskierki!
Elena 🌿
Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Bierzemy co nam daje los, czasami jest to ciężka, odpowiedzialna i nierzadko niebezpieczna praca, ale jeśli ją pokochamy daje nam jeszcze więcej satysfakcji niż zwykłe proste zadania. Szum fal, świst wiatru w linach i jazgod mew, to piękna muzyka, nie odstająca od odgłosów prastarego lasu. Najważniejsze by kochać, albo przynajmniej polubić to co się robi.
Wiesławie, ująłeś to niezwykle mądrze. Pokora wobec losu i szacunek do własnej pracy to wartości, które łączą prastary las z surowym wybrzeżem. Masz rację, że ta głośna muzyka żywiołów uczy nas tego samego, co cisza puszczy.
Dzisiaj to chyba przesyłasz chłodne kropelki😊z ciepłymi słowami. Cóż woda to nieujarzmiony żywioł. Tak jak piszesz jak chce daje jak chce odbiera. Czyżby Elfi była spokrewniona z Zegarem. Koniecznie muszę zacząć od począrku co z wolna robię. Woda jak każdy żywioł jest piękna, surową i bezwzględna. Zawsze trzeba ją traktować z szacunkiem. Nawet łyżka wody może być zabójcza. Woda jest jednak życiem bez niejn nic nie ma. My sami jesteśmy wodą.💧💙🩵💦