Noc ucieczki z Wielkiego Portu nie miała w sobie nic z baśni. Pachniała strachem, gnijącymi wodorostami i tłustym, portowym błotem, które oblepiło skórzane buty Aldena. Deszcz siekł twarz jak bicz, a chłodny wiatr od oceanu wciskał się pod płaszcz, mrożąc krew. Alden biegł na oślep, niemal nie czując własnych nóg. Do piersi, z siłą zrodzoną z czystej rozpaczy, tulił zawiniętego w koce, płaczącego Arina. Mały płakał cicho, chrapliwie, zmarznięty i przerażony nagłym łomotem do drzwi, który zniszczył ich mały świat. W drugiej, wolnej ręce Alden kurczowo zaciskał skradzioną torbę z dokumentami rady miejskiej i flakonem, w którym pulsował gęsty, uśpiony jad Rdzy.
Za ich plecami, w ciasnych, brukowanych uliczkach, niosło się echo pogoni. Krzyki strażników miejskich i głuche ujadanie psów gończych zlewały się w jeden potworny hałas.
Dotarli do starych, dębowych wrót portowego magazynu. Za nimi, na ciemnej fali oceanu, kołysał się czarny kadłub statku przemytników – ich jedyna szansa na ratunek. Wtedy z mroku nocy, zaledwie kilkadziesiąt kroków za nimi, wyłoniły się pierwsze, błyszczące w świetle pochodni pancerze. Pogoń była za blisko.
Isolde nie wahała się ani sekundy. Jej dłonie, te same, które jeszcze kilka godzin temu delikatnie masowały czółko ich syna, teraz z wojskową bezwzględnością pchnęły Aldena w stronę pomostu. Jej twarde buty mocno zaparły się o śliski kamień nabrzeża.
– Ratuj Arina i wracaj do lasu! – jej krzyk rozdarł szum fal i huk burzy.
Alden chciał się odwrócić. Chciał krzyczeć, rzucić torbę, chwycić ją za rękę i zostać. Ale w jego ramionach poruszyło się dziecko. Ten jeden, cichy ruch małego ciałka odebrał mu prawo do bycia bohaterem. Zanim zdołał podjąć jakąkolwiek decyzję, ciężkie, dębowe skrzydła wrót zatrzasnęły się przed jego twarzą. Usłyszał głośny, tępy huk spadającej, bazaltowej belki. Isolde zaryglowała bramę od środka, odcinając siebie od ratunku, a ich od śmierci.

Gdy statek przemytników z trudem odbijał od brzegu, Alden stał na mokrym pokładzie, słuchając głuchego, metalicznego łomotu toporów uderzających w drewno bramy. Odpłynął w nocną mgłę, przekonany, że krew Isolde właśnie w tej chwili barwi portowy bruk na szkarłatnie.
Długie dwadzieścia lat, które nastąpiły później, zlały się w jeden długi, szary koszmar. Alden schronił się na dalekiej Północy, pośród surowych, skalistych ruin na grani. Stał się cieniem człowieka, zwiadowcą uciekającym przed własną przeszłością. Samotnie wychowywał Arina na surowej skale, bez domu, bez dziadków, ucząc go jedynie jak przetrwać. Przez te wszystkie lata, co wieczór, wyciągał z kieszeni lunetę i z oddali, ze łzami w oczach, patrzył na dym unoszący się z komina Domu pod Wiązami. Czuł potworne poczucie winy. Bał się wrócić. Myślał o Etnie i Sylwionie – jak miał spojrzeć w oczy rodzicom, skoro uważał się za mordercę własnego szczęścia, który skazał ich synową na śmierć, a wnuka na poniewierkę?
Wszystko pękło, gdy Rdza Puszczy, którą tak długo próbował ukryć, w końcu się obudziła. Przeklęty, metaliczny jad, podszyty brudną magią portowych czarnoksiężników, zaatakował w kamiennej izbie starej strażnicy.

Gdy twarde, purpurowe pnącza wrastały głęboko pod jego skórę, rozpychając żyły i zamieniając żywe ciało w skostniałą, rdzawą formę, Alden nie miał już nawet siły na krzyk. Z jego gardła wydobywało się tylko rzężenie. W zaciśniętych, zakrwawionych pięściach wciąż kurczowo trzymał odłamek żelaza, który pompował truciznę w jego krwiobieg. Leżał tam, czując lodowaty chłód śmierci, i w duchu czuł niemal ulgę. Myślał, że to sprawiedliwa kara za Isolde. Że w ten sposób odkupi tamten rygiel sprzed dwudziestu lat.
I wtedy iluzja czarnoksiężników pękła. Przez załom muru wkroczył sędziwy Thalendir, a tuż za nim jego ojciec, Sylwion, i syn, Arin.
Alden, półprzytomny z bólu, patrzył jak stary mędrzec podejmuje szaleńczą decyzję. Thalendir zamiast walczyć z klątwą, rozluźnił bariery własnego umysłu i zaoferował samego siebie jako silniejsze źródło energii. Purpurowe pnącza z sykiem puściły ramiona Aldena i runęły na mędrca.
Uwolniony z uścisku Alden osunął się bezwładnie na bok. Gdy ojciec z synem odciągali go w bezpieczny kąt izby, a Thalendir ostatkiem woli spychał niszczycielską energię przez pęknięcia w posadzce prosto w litą skałę góry, Alden patrzył na swoje przedramiona.
Trucizna zniknęła, ale na jego skórze pulsowały już sine, głębokie blizny, przypominające ślady po oparzeniach kwasem. Żył. Thalendir oswobodził go z okrutnych objęć Rdzy, a Sylwion pomógł staremu przyjacielowi wstać.
Gdy pierwsze promienie słońca oświetliły strażnicę, Alden, trzymany przez trzęsącego się ze strachu Arina, usłyszał słowa swego ojca: „Zabierz syna na dół. Te ręce trzeba natychmiast przemyć i owinąć lnem”.

Gdy schodził w stronę doliny, patrząc na swoje sine rany, w głowie Aldena kołatała tylko jedna myśl. Przeżył Rdzę. Dostał drugą szansę od rodziców, od syna i od samego lasu. Ale głęboko pod sercem, tam, gdzie czas zatrzymał się dwadzieścia lat temu,rany po stracie Isolde wciąż krwawiły mocniej niż jakiekolwiek rdzawe blizny na ciele.
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌
Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗
Przesyłam ciepłe iskierki!
Elena 🌿
Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Niesamowita opowieść, chwilami przerażająca, już myślałam, że to koniec dla Aldena, ale dobro i miłość jednak zwyciężyły, kolejny raz, mam nadzieję, że i swoją miłość życia Alden jeszcze zobaczy, dziękuję za dzisiejszą opowieść i życzę dobrej, spokojnej nocy🙏❤️🌛🌠🌌
Też mi się podoba. Mimo, że to opowieść fantazy, jest niemal współczesną opowieścią. Nie ma w niej wiele magi za to tony emocji i tych dobrych i tych złych. Tak jak w naszych czasach. Miłość i chciwość, czułość i złość, strach i odwaga, pświęcanie.
Świetnie się czyta ,ciągle coś się dzieje i trzyma w napięciu. Alden został uratowany teraz czas na jego żonę ❤️
Poraz kolejny kino akcji w pięknym wydaniu. Wspaniałe malowane słowami i wspaniałą grafiką. Nasza Elena ciągle gdzieś w tajemnicy trzyma losy Izoldy (chyba dobrze zapamiętałem).