Prequel sagi o Aldenie. Część 3. Nadzieja

Dźwięk zatrzaskiwanych dębowych wrót i głuche uderzenie bazaltowej belki, którą osadziłam w gniazdach rygla, były ostatnią rzeczą, jaką podarował mi świat na powierzchni. Potem została już tylko ciemność portowego magazynu i mój własny, płytki, dygoczący oddech.

Nie było czasu na łzy. Każda sekunda, w której moje dłonie – wciąż drżące od ostatniego uścisku Aldena i zapachu niemowlęcego kocyka małego Arina – szukały oparcia na chropowatym drewnie bramy, była sekundą kupioną dla nich. Dla mojego męża i mojego syna. Słyszałam, jak na zewnątrz, za grubą barierą, woda oceanu uderza o burtę statku. Słyszałam ryk wiatru. Odpływali. Moje serce odpływało razem z nimi, zostawiając w piersi tylko ziejącą, lodowatą pustkę.

A potem dębowe wrota eksplodowały pod naporem taranów.

Huk pękających desek i ryk żołnierzy rady miejskiej stopiły się w jedno. Ostrza toporów rozdarły mrok, a blask pochodni wdarł się do magazynu, kłując w oczy. Silne, okute żelazem dłonie strażników szarpnęły mną o ziemię, brutalnie wykręcając mi ręce. Smakowałam portowy pył, pot i własną krew, gdy dowódca pogoni – ten sam chciwy szczur, który podpisywał wyroki na Północne Lasy – złapał mnie brutalnie za szyję.

– Gdzie jest torba?! Gdzie jest jad Rdzy i ten przeklęty elf?! – wypluł mi prosto w twarz, a ślina zmieszała się z krwią na moim policzku.

Podniosłam głowę. Choć ciało krzyczało z bólu, a ramię miałam boleśnie skręcone, poczułam, jak wzbiera we mnie ta sama duma, która kiedyś kazała mi kraść rozmaryn z pańskich ogrodów. Uśmiechnęłam się – blado, dumnie, prosto w jego wściekłe, świńskie ślepia. Splunęłam krwią pod jego buty.

– Tam, gdzie wasze brudne, chciwe łapska nigdy nie sięgną – wyszeptałam, a mój głos, choć cichy, brzmiał jak wyrok.

Widziałam, jak jego dłoń zaciska się na rękojeści miecza. Chciał mnie zabić, widziałam to w jego oczach. Ale strach przed utratą kontroli nad Rdzą był większy niż jego gniew. Byłam jedyną osobą w tym przeklętym, murowanym porcie, która rozumiała botaniczną esencję jadu. Wiedzieli, że bez moich zapisków i bez moich dłoni, które potrafiły karmić zarazę tak, by nie obróciła w pył ich własnego miasta, są zgubieni.

Zamiast na szafot, zaciągnęli mnie w dół. Głęboko pod kamienny bruk ratusza, tam, gdzie wilgoć z kanałów przesiąkała przez mury, a zapach rozmarynu na zawsze ustąpił miejsca fetorowi pleśni, szczurów i wiecznego mroku.

Mijały lata. Dwadzieścia długich, powolnych lat, odmierzanych wyłącznie miarowym, doprowadzającym do szaleństwa stukotem kropel wody uderzających o podłogę mojej celi.

Moje dłonie, kiedyś zwinne i silne, dziś są pocięte bliznami od ciężkich, żelaznych kajdan. Moje palce zdrętwiały od chłodu, a skóra stała się blada jak papier. Rada miejska przychodziła do mnie wielokrotnie. Przynosili w naczyniach gęstniejącą, pulsującą Rdzę, żądając, bym pomogła im ją okiełznać, bym zdradziła im recepturę na jej neutralizację, gdyby wymknęła się spod kontroli. Karmiłam ich kłamstwami. Dawałam im skrawki wiedzy, tylko tyle, by utrzymać się przy życiu. Bo moje życie miało cel.

Wszyscy myśleli, że jestem złamana. Strażnicy, którzy rzucali mi spleśniały chleb, śmiali się z wariatki, która co noc, zniszczonymi do krwi paznokciami, skrobała coś na wilgotnym tynku celi.

Nie wiedzieli jednego. Ja nie oszalałam.

W ciemności, centymetr po centymetrze, ryłam na ścianie ten sam kształt – liść paproci. Za każdym razem, gdy moje palce dotykały zimnego muru, zamykałam oczy i słyszałam szum prastarego lasu, o którym tyle opowiadał mi mój Alden.

Słyszałam słone fale oceanu. Wierzyłam, czułam to w każdej komórce mojego ciała, że Alden dopłynął. Że mój mały Arin rośnie, oddycha czystym, leśnym powietrzem, daleko od tego kamiennego więzienia. Ta myśl była moim pancerzem, silniejszym niż żelazo kupców.

Przez dwadzieścia lat uczyłam się cierpliwości kłącza, które czeka pod ziemią na przyjście wiosny. Zgromadziłam w zakamarkach celi coś, o czym straż miejska nie miała pojęcia. Pod poluzowanym kamieniem przy pryczy ukryłam wysuszone kłącze rzadkiego, jadowitego ziela – Czarnego Korzenia – które udało mi się przemycić w pękniętym szwie pancerza jeszcze tamtej nocy. Przez lata powoli, kropla po kropli, mieszałam je z wilgocią ze ścian, tworząc kwas tak żrący, że potrafił nadtrawić najgrubsze żelazo.

Kajdany na moich kostkach są już prawie przeżarte od spodu. Czekam na odpowiedni moment. Wiem, czuję to w powietrzu, które zaczyna delikatnie pachnieć siarką i metalem, że Rdza na Północy w końcu się obudziła. Że Alden musiał się z nią zmierzyć. Kiedy kupcy wpadną w panikę, a lochy zatrzęsą się od strachu przed leśną plagą, nadejdzie moja noc.

Isolde żyje. I wraca do rodziny.

🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿

🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌

Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗

Przesyłam ciepłe iskierki!

Elena 🌿


Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

6 myśli na temat “Prequel sagi o Aldenie. Część 3. Nadzieja

Dodaj własny

  1. Nie ma nic twardszego, silniejszego od kobiety, która chce dotrzeć do swojego dziecka.

    1. Wiesławie, nie ma na tym świecie, ani w żadnej elfickiej legendzie, potężniejszej siły niż miłość matki walczącej o swoje dziecko. Te dwadzieścia lat w zimnej celi mogło odebrać Isolde zdrowie i wolność, ale zamiast ją złamać, tylko umocniło jej determinację.

  2. Biedna Isolde wycierpiała się w tym lochu. Ale silnej kobiety nic nie złamie,potrzebuje tyko czasu i sposobności żeby wrócić do rodziny.

    1. Podpisuję się pod Twoimi słowami obiema rękami – w cichej, kobiecej sile tkwi niesamowita moc, której żadne mury ani żelazne kajdany nie są w stanie doszczętnie złamać. Dwie dekady w mroku to potworna cena, ale Isolde wykorzystała ten czas, by stać się silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej. Cierpliwie czekała na swoją szansę i na tę jedną, wyjątkową noc, w której całe to więzienie zatrzęsie się w posadach.

  3. Wspaniale walczy o swoje przekonania i o swoją rodziną. Nic ją nie złamało, a wprost przeciwnie staje się coraz silniejsza. Tacy są ludzie. Może krótko żyją, ale intensywnie.

    1. Zdarza się, że elfy patrzą na ludzi z góry, widząc w nich tylko istoty przemijające niczym mgnienie oka, ale Isolde udowadnia im wszystkim, jak bardzo się mylą. To właśnie ta ludzka, krótka perspektywa sprawia, że każda sekunda miłości, każda walka o rodzinę i każda chwila na tym świecie jest dla nich tak bezcenna i przeżywana z tak potężną, płomienną intensywnością.

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej