Theodore stał wysoko na drewnianym pomoście, a chłodny wiatr znad oceanu gładził jego posrebrzane włosy, niosąc ze sobą rześki zapach soli. Chociaż wzgórze jeszcze było całe w złocie i czerwieni, wiedział, że czas wielkich mgieł jest już blisko. Lada noc mroźne tumany odetną to miejsce od reszty świata.
Nie było już wiele czasu – lada tydzień nad Wybrzeże Mgieł nadciągną wielkie mgły, które na długie miesiące odetną je od reszty świata. Wilgoć wniknie wtedy w każdą szczelinę, a lodowaty wiatr znad oceanu zacznie szarpać konstrukcją, dlatego serce wiatraka musiało być gotowe na tę próbę.
Horyzont od samego rana był czysty, choć na samej linii wody tlił się już blady pasek chmur, zwiastujący nadejście zimy.
Zaczął od uciszenia skrzydeł. Masywny, dębowy hamulec zacisnął się na wale, wywołując natychmiast przeciągłe skrzypnięcie drewna. Kiedy skrzydła wreszcie znieruchomiały, cała konstrukcja jakby westchnęła.

Theodore zaplótł długie włosy w luźny warkocz, opadający łagodnie na plecy, po czym zanurzył dłonie w tłustej, ciepłej mazi. To była mieszanina modrzewiowej żywicy, stopionego łoju i dziegdziu. Należało tym porządnie nasmarować każdą ruchomą część, tworząc warstwę, której nie przebiją ani lodowate krople osiadającej mgły, ani wszechobecna, niszcząca morska sól.
Powoli wcierał miksturę w grabowe wielkiego koła. Jego palce znały tu każdy zakamarek, i wszystkie drobne pęknięcia, które przetrwały letnie upały. Wysuszone osie chciwie i z wdzięcznością piły tłusty płyn, wydając przy tym cichy pomruk zadowolenia.

Ta praca wymagała i siły, i cierpliwości. Co jakiś czas Theodore uderzał ciężkim, drewnianym młotem w kliny mocujące główną belkę. Wiatrak odpowiadał mu głębokim, czystym stukotem – stuk, stuk, stuk. Drewno uderzało o drewno, a ten dźwięk niósł się po kamiennych ścianach aż do samych fundamentów.
Gdy tryby zaczęły lśnić ciemnym, tłustym blaskiem, Theodore wytarł dłonie w lnianą szmatę i powoli zszedł po trzeszczących stopniach na sam dół. Podszedł do glinianego pieca, który rzucał na izbę ciepły blask ognia. Nalał sobie herbaty z żeliwnego czajnika. Zapach suszonych igieł sosnowych i dzikiej róży zaczął powoli przesiąkać przez gęstą woń dziegciu.
Słyszał o niepokojach na dalekim południu, o Mrocznej Puszczy i o wielkim lesie, który powoli tracił swój głos. Słyszał opowieści o zbliżającej się Czarnej Zimie, która niesie ze sobą niepewność. Nie martwił się jednak. Tutaj nic nie mogło zakłócić odwiecznego porządku.
Theodore podszedł do wału i powoli zwolnił blokadę hamulca. Skrzydła ruszyły z wolna, łapiąc powiew znad morza. Koła zębate szły gładko, cicho, wydając z siebie głęboki, miarowy szum, który brzmiał jak najpiękniejsza pieśń na dobranoc.
Wziął gliniany kubek z herbatą, wyszedł na kamienny próg i usiadł, opierając plecy o nagrzaną słońcem i ogniem ścianę. Wiatrak nad jego głową obracał się miarowo, a nad Wybrzeżem Mgieł powoli zapadał cichy wieczór.

Zamknij oczy i Ty, Leśna Duszo. Otul się ciepłem tej nocy, zrzuć z ramion ciężar minionego dnia i pozwól, by miarowy szum wiatrakowych skrzydeł uciszył Twoje myśli. Jesteś bezpieczny. Wszystko jest na swoim miejscu.
Dobranoc. 🌿
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌
Jeśli zostawisz swój e-mail, to w każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Co tydzień znajdziesz w nim nową niespodziankę! Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗
Przesyłam ciepłe iskierki!
Elena 🌿
Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿