Blizna na skrzydle popielatego smoka goiła się powoli, ściągnięta gęstą, zieloną papką z korzenia żywokostu, którą Aelwion przykładał co wieczór. Smok, którego nazwali popielatym banitą, rzadko podnosił łeb. Większość dni spędzał zwinięty w głębokiej rozpadlinie pod wieżą, a jego oddech, choć spokojniejszy, wciąż co jakiś czas wyrzucał z chrap drobne, szare grudki sadzy.
Drin trzymał się blisko. Wielki szmaragdowy jaszczur siadał na skraju urwiska, nie spuszczając oka z gościa, ale w jego pozie nie było już agresji. Była tam surowa, gadzia czujność.
Czwartego dnia po walce, gdy słońce chowało się za zachodnią ścianę boru, obcy nagle drgnął. Uszy elfa, czujne na każdy szelest, wychwyciły niski, gardłowy pomruk, który przeszedł przez potężną pierś popielatego smoka. Banita uniósł zniekształcony łeb i spojrzał prosto na Aelwiona, a w jego żółtych, matowych ślepiach pojawił się wyraźny, zwierzęcy lęk.
Wiatr ze wschodu znów się zmienił. Ale tym razem nie pachniał siarką. Pachniał zimnym żelazem i krwią.
Aelwion podszedł do krawędzi tarasu, rzucając okiem na przełęcz. Drin już stał na równych nogach, zjeżywszy łuski wzdłuż kręgosłupa. Z głębi czarnych lasów, daleko poza granicą mchu i paproci, dobiegało miarowe, głuche dudnienie. To nie był krok jednego stworzenia. To był marsz.
Zza skalnego załomu Wyżyn rzuciły się pierwsze kształty. Były mniejsze od smoków, ale niosły w sobie nienaturalną, ciężką mechanikę. Ogromne, opancerzone ogary – hybrydy żywego ciała, żelaza i czarnej magii, wykute w głębi Dzikich Rubieży. Ich stalowe szczęki kłapały miarowo, a z nitowanych obroży sączyła się ta sama fioletowa, trująca posoka, którą wcześniej krztusił się ranny przybysz. Bestie szły po jego śladzie. Były sforą łowców, wysłaną, by dokończyć to, co zaczęło się na wschodzie.
Aelwion nie tracił sekund. Wiedział, że jeśli ogary wejdą w gęstwinę, ich stalowe cielska rozszarpią poszycie, a bór nie obroni się przed żelazem.
– Drin, ogień na lewą flankę, odetnij ich od młodnika! – rozkazał elf, skacząc na grzbiet szmaragdowego przyjaciela.
Zanim jednak Drin zdołał rozwinąć skrzydła, z dna rozpadliny podniósł się ryk. Popielaty banita, kuśtykając na ranną nogę i ciągnąc za sobą unieruchomione skrzydło, wdrapał się na skałę. Jego zniekształcony pysk rozwarł się szeroko. Nie miał siły na ogień, ale fala dźwięku, którą z siebie wyrzucił, uderzyła w wąwóz jak taran. Kamienie osunęły się z łomotem, zasypując pierwsze dwa ogary pod zwałami granitu.
– On chce walczyć – rzucił twardo Aelwion, a jego dłoń mocniej zacisnęła się na rękojeści miecza. – Drin, osłaniamy go z góry. Nie pozwól im podejść do jego prawej strony!

Szmaragdowy smok pikował tuż nad kamiennym dnem kanionu. Aelwion, balansując na jego karku, wyciągnął ostrze z księżycowego srebra. Gdy zbliżyli się do trzeciej bestii – ogromnego ogara o stalowych łapach, który właśnie skakał do gardła rannego banity – elf ciął z góry. Srebro zasyczało, gdy uderzyło w czarną magię pancerza. Żelazo pękło z głośnym brzękiem, a bestia zwaliła się w paprocie, gasnąc w mgnieniu oka.
Walka w ciasnym wąwozie była krótka, ale wściekła. Popielaty smok, wsparty leśną magią elfa i szybkością Drina, miażdżył stalowe ogary ciężarem własnego cielska. Gdy ostatni z mechanicznych łowców runął bezwładnie na granit, w kanionie znów zapadła cisza, przerywana jedynie ciężkim, chrapliwym oddechem trzech stworzeń.

Aelwion zeskoczył z grzbietu Drina. Rozejrzał się po pobojowisku. Stalowe szczątki ogarów powoli czerniały, trawione przez czystą magię lasu, która nie tolerowała obcego metalu.
Podszedł do popielatego smoka. W żółtych ślepiach banity nie było już lęku. Było tam ciche porozumienie. Spojrzał na elfa, potem na szmaragdowego jaszczura i po raz pierwszy nie skulił karku.
– Oni nie przyjdą po ciebie po raz trzeci – powiedział cicho Aelwion, kładąc dłoń na jego potężnym boku. – Teraz już wiedzą, że nie jesteś sam.

Z góry, od Przełęczy Trzech Wiatrów, spływało chłodne, nocne powietrze, czyszcząc kanion ze swądu spalonego żelaza. Bór powoli odzyskiwał swój miarowy oddech. Przy kamiennej wieży, na skraju nocy, trzy cienie znów zajęły swoje miejsca. Zagrożenie ze wschodu zostało powstrzymane na samej granicy, a Las z Mchu i Paproci zyskał nowego, surowego strażnika.
Pierwszą część tej opowieści przeczytasz TUTAJ
🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿
🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌
Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗
Przesyłam ciepłe iskierki!
Elena 🌿
Nie jestem obiektywny, ale bardzo mi się podobało. To w co od początku wierzyłem spełniło się.
Świetna opowieść. Smoki to niesamowite stworzenia. Jeszcze bardziej niezwykli są ci którzy potrafią je sobie zjednać. Przyjaciel smoków ❤️🐉🐉
Niesamowita historia, można było się domyślać, że to, przed czym uciekał szary smok będzie chciało go dopaść i dokończyć dzieła, ale nie spodziewało się, że zyskał potężnych sprzymierzeńców w postaci Aelwiona i Drina, połączyli siły i razem stawili czoła paskudnym bestiom, zadziałała magia wdzięczności i przyjaźni, nawet takiej całkiem świeżej, jeszcze niepewnej, ale myślę, że po takich wydarzeniach nowa więź się zacieśni, pozdrawiam i życzę dobrej, spokojnej nocy🤗😴💤🌛🌠🌌🌳🌿🌱🍃🍂🍁🐲✨️❤️❤️❤️