Zaręczynowy guzik i uciekające żołędzie – baśń o miłości i bałaganie

Klementyna miała jedną małą wadę, o której Barnaba nie miał pojęcia, kiedy z dumą wręczał jej swój zaręczynowy, srebrny guzik. Otóż jego ukochana wybranka była absolutną, bezkompromisową pedantką.

Dla Barnaby ich norka pod progiem była po prostu idealna. Pachniała kurzem, starym drewnem i bezpiecznym, przytulnym chaosem. Niestety, szybko wyszło na jaw, że dla Klementyny był to zwyczajny bałagan i siedlisko groźnych zarazków.

– Barnabo, wstawaj. Mamy raban – pisnęła Klementyna, bezceremonialnie szturchając go łapką w puszysty bok.

Barnaba otworzył jedno oko. Był wtorek, godzina piąta rano, a słońce ledwo co muskało korony drzew.

– Co się stało? – mruknął, próbując naciągnąć na uszy pęk mchu. – Lis idzie? Potop? Dziadek Sylwion znowu zgubił buta?

– Gorzej. Tam jest… on – Klementyna wskazała drżącą łapką na przeciwległy koniec korytarza.

W świetle poranka, na ziemi, którą Klementyna dopiero co idealnie udeptała, leżał wróg. Ogromny, suchy, postrzępiony paproch z paproci. Musiał wpaść przez szczelinę w nocy, gnany bezwzględnym jesiennym wiatrem.

– To tylko liść, kochanie – westchnął Barnaba, obracając się na drugi bok. – Poleży, wyschnie, w grudniu zje się go do kolacji.

– On nie będzie tu leżał ani minuty dłużej! – Klementyna była nieugięta. – Blokuje całe przejście do spiżarni! Poza tym kompletnie psuje wygląd naszej lawendowej wycieraczki!

Akcja eksmisji ruszyła z kopyta, choć Barnaba uczestniczył w niej z gracją toczącej się kłody. Klementyna, ze swoim postrzępionym lewym uszkiem postawionym na baczność, dowodziła całym tym zamieszaniem. Plan był prosty: Barnaba miał złapać paprocha od tyłu, a Klementyna miała ciągnąć za suchą łodyżkę.

Niestety, wspólne ciągnięcie w ciasnym korytarzu rządzi się swoimi prawami.

Barnaba podszedł do tematu z właściwym sobie zaangażowaniem – czyli bardzo flegmatycznie. Upychając w locie do pyszczka zabłąkaną pestkę dyni, żeby nie stracić sił, złapał za suchy liść. W tym samym momencie Klementyna pociągnęła z całej siły.

Trzask!

Sucha paproć pękła w połowie. Klementyna straciła równowagę, poleciała do tyłu i wylądowała jak długa w miękkim kopczyku starannie posegregowanych nasion lnu. Barnaba z kolei, pchnięty siłą odrzutu, przekoziołkował przez głowę i z impetem wpadł prosto w ich największą dumę – kolekcję trzech dorodnych, okrągłych żołędzi.

Żołędzie, niczym kule kręglarskie, ruszyły z kopyta w dół pochyłego korytarza.

– Ratuj zapasy! – pisnęła ze swojego lnianego lądowiska Klementyna.

Barnaba, widząc, że jego zimowe zapasy właśnie uciekają w stronę wyjścia, rzucił się w pogoń. Kołysząc się na boki niczym futrzana kulka, zbiegał w dół, próbując wyprzedzić toczące się owoce dębu. Instynktownie otworzył pyszczek, chcąc złapać pierwszy z nich w locie.

Udało się! Pierwszy żołądź zablokował się w jego lewym policzku. Drugi – po dramatycznym odbiciu od ściany – wbił się w prawy. Barnaba był w tym momencie szerszy niż wyższy, a jego wąsy drżały z wysiłku.

Został trzeci żołądź. Ten największy, z idealnie gładką czapeczką. Toczył się prosto na ich zaręczynowy srebrny guzik, który stał dumnie oparty o ścianę!

„Tylko nie guzik!” – pomyślał spanikowany chomik.

W przypływie małżeńskiego heroizmu Barnaba rzucił się szczupakiem na ziemię, robiąc idealny wślizg na brzuchu. BUM! Zatrzymał żołądź własnym nosem dokładnie milimetr przed błyszczącym srebrem.

W norce zapadła absolutna cisza.

Po minucie z ciemności korytarza wyłoniła się Klementyna. Była cała upstrzona drobnymi nasionkami lnu, które przyczepiły się do jej futerka w kolorze skórki chleba. Spojrzała na Barnabę. Chomik leżał plackiem na brzuchu, z pyszczkiem rozepchanym do granic możliwości dwoma żołędziami, z nosem przyciśniętym do trzeciego i z miną pod tytułem: „I po co nam był ten cały raban?”.

Klementyna popatrzyła na męża, potem na nasiona lnu na swoim brzuchu, na rozrzuconą lawendę i na nieszczęsnego, pękniętego paprocha. Jej wąsiki zaczęły drżeć. Barnaba zamknął oczy, spodziewając się wielkiej awantury… ale zamiast tego usłyszał wesoły śmiech!

Klementyna śmiała się tak bardzo, że aż usiadła na ogonku i zaczęła łapać się za boki. Barnaba wypluł ostrożnie żołędzie i sam zaczął cicho parskać.

– No dobrze – pisnęła w końcu, podchodząc do męża i czule gładząc go po napuszonym, wielkim policzku. – Przekonałeś mnie. Artystyczny nieład ma jednak swoje plusy. Przynajmniej na co dzień nikogo nie taranują własne zapasy na zimę!

Dwie godziny później pod dębowym progiem sytuacja całkowicie wróciła do normy. Żołędzie wylądowały na jednej dużej, bezpiecznej stercie, przejście zostało oczyszczone, a srebrny guzik lśnił czystością jak nigdy wcześniej. Barnaba i Klementyna, potwornie zmęczeni poranną batalią, leżeli zwinięci w jeden puszysty kłębek na lawendowym posłaniu, cicho i smacznie chrapiąc.

A nieszczęsny paproch z paproci? Został oficjalnie i z wielkimi honorami wpleciony w ścianę sypialni jako nowa, bardzo wymyślna ozdoba. W końcu dom to nie sterylne muzeum – dom jest po to, żeby w nim po prostu szczęśliwie żyć!

🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿

🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌

Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗

Przesyłam ciepłe iskierki!

Elena 🌿

7 myśli na temat “Zaręczynowy guzik i uciekające żołędzie – baśń o miłości i bałaganie”

Dodaj własny

    1. Dom ma pachnieć życiem, bezpieczeństwem i ciastem, a nie tylko perfekcyjnie udeptaną ziemią. Całe szczęście, że chomiczki szybko to zrozumiały i zamiast idealnego porządku, wybrały przytulność i wspólny śmiech.

  1. Przeurocza historia, cudowna jest ta para chomiczków, wnoszą mnóstwo radości, i co najważniejsze, kochają się i nawet największy raban potrafią obrócić w śmiech, dziękuję Eleno za tę piękną, lekką, radosną opowieść, pozdrawiam serdecznie i życzę dobrej, spokojnej nocy🤗🥰😚❤️❤️❤️😴🌛🌠🌌🌳🌲🌿☘️🌱🍃🍂🐹🌰✨️

    1. Masz rację, Aniu – umiejętność wspólnego śmiania się z własnych fikołków to chyba najlepszy budulec każdego udanego związku, nawet takiego na cztery małe łapki! Czasem to właśnie z największego bałaganu i potknięć rodzą się najpiękniejsze wspomnienia.🌿😁😊

  2. Bardzo zabawna z nich para.Razem wypracują kompromis 😊 sprzątanie nie jest najważniejsze.

    1. 😁 Życie we dwoje to sztuka ciągłych, małych kompromisów – nawet w świecie tak małym, że mieści się w garści.

  3. Chyba najważniejsze w związku, by znajdować kompromisy, by nikt nie poczuł się pomijany, niezauważany. Żeby ta druga strona czuła szacunek i wsparcie nawet wtedy gdy coś się nie udaje. Często śmiech jest najlepszym lekarstwem. Śmiech nie z kogoś, ale z komś

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑