Milczący wiatr z północy. Gdzie jest Thalendir? cz.4 – Opowiadanie fantasy

Północny trakt przestał udawać las. Zniknął zapach igliwia, zniknęła wilgotna miękkość mchu, a każdy kolejny krok przypominał stąpanie po skamieniałym cmentarzu. Mgła gęstniała, stając się lepka, ciężka i przeżarta metalicznym posmakiem, który osadzał się na językach wędrowców niczym starta rdza.

Earyn i Aelwion szli z tyłu, z dłońmi zaciśniętymi na rękojeściach broni. Ich oczy, nawykłe do wypatrywania zwierzyny w gęstwinie, teraz błądziły bezradnie po białej ścianie, która zdawała się pulsować w rytm ich własnych, przyspieszonych serc. Nikt nie mówił. Nawet młody Aarien, zazwyczaj pełen pytań, szedł z głową spuszczoną nisko, jakby próbował ukryć przed resztą piekące od lodowatej krupy oczy.

Ciepło podpłomyków i słodkich cebulek od Etty wyparowało z nich w zaledwie godzinę od opuszczenia skalnej niszy. Zostali sami z chłodem, który nie pytał o drogę, tylko wdzierał się pod skórzane karwasze, paraliżując mięśnie.

Nagle Sylwion się zatrzymał. Nie uniósł dłoni, nie wydał żadnego rozkazu. Po prostu zastygł w pół kroku, a jego wysłużony, podróżny plecak uniósł się gwałtownie wraz z głębokim wdechem. W jego prawej dłoni pęknięty, czarny kostur Thalendira wydał z siebie cichy, suchy trzask – jakby drewno zareagowało na coś, co czaiło się tuż przed nimi.

Bór umarł. Dosłownie.

Przed nimi rozciągała się wielka, lodowa niecka. Drzewa wokół stały skamieniałe, zamknięte w grubych pancerzach błękitnego, matowego lodu, który zdawał się wysysać z nich resztki koloru. Ale to nie widok martwych pni sparaliżował strażników. Z samego środka zamarzniętego poszycia bił nienaturalny, miarowy dźwięk. Głębokie, podziemne tąpnięcie, przypominające zgrzyt ogromnych, stalowych trybów wgryzających się w żywą skałę. Coś tam na dole, pod grubą warstwą torfu, oddychało żelazem i dymem.

A na samej krawędzi tego czarnego, parującego otworu w ziemi stał Thalendir. A raczej ktoś, kto jeszcze niedawno nim był.

Zielony, wełniany płaszcz był poszarpany na dole, pokryty siwym szronem i brudny od węglowego pyłu. Postać stała pochylona, wpatrując się w ziejącą z ziemi pustkę.

– Thalendir! – Głos Sylwiona załamał się, przecinając lodowatą ciszę. Starszy elf, zapominając o wiekach wyuczonej ostrożności, ruszył biegiem po zlodowaciałym mchu. – Dzięki Matce Korzeni… żyjesz! Słyszysz mnie, przyjacielu? Przyszliśmy!

Postać drgnęła. Ruch głowy był powolny, nienaturalnie sztywny, pozbawiony tej lekkiej gracji, którą wszyscy w dolinie znali i szanowali. Mędrzec zaczął odwracać się w ich stronę.

Sylwion dopadł do niego, wyciągając drżącą dłoń, by chwycić go za ramię – i nagle zamarł, cofając rękę, jakby dotknął rozżarzonego do białości żelaza.

To była twarz Thalendira, ale uwięziona pod czymś, co przypominało maskę z lodu. Przez jego pomarszczone policzki, skronie i szyję nie biegła już krew. Przebijały przez nie grube, czarne, metaliczne żyły, które pulsowały w tym samym, bezdusznym rytmie, co podziemna machina z Dzikich Rubieży. Jednak najgorsze były oczy. Dawniej przypominające głębokie, ciepłe leśne jeziora pełne mądrości – teraz były całkowicie puste i matowe. Ślepe na blask, za to pełne lodowatego, martwego szronu.

– Thalendir… – wyszeptał Sylwion, a pęknięty kostur, który trzymał, wyślizgnął mu się z palców i głucho upadł w śnieg. – Spójrz na mnie. To ja, Sylwion. Aarien jest z nami. Wracamy do domu. Etta… Etta czeka z ciepłą strawą w Domu pod Wiązami. Wszystko będzie dobrze.

Mędrzec lekko drgnął. Jego martwy wzrok jakby badał twarz starego przyjaciela, potem tak samo przerażoną twarz młodego Aariena, na której łzy zamarzały w locie; wreszcie prześlizgnął się po pozostałych.

W tych ślepiach była tylko nieskończona obojętność.

– Domu pod Wiązami… – powtórzył Thalendir. Jego głos nie przypominał już dawnego, głębokiego basu. Był cichy, pozbawiony jakichkolwiek emocji, jak zgrzyt kamienia o kamień. – Nie znam tej nazwy. Nie znam tych imion. Nie znam was.

– Mistrzu! – Aarien postąpił krok w przód, a z jego piersi wyrwało się szlochanie. – Co oni ci zrobili? Pamiętasz las? Pamiętasz Matkę Korzeni?

Thalendir nawet nie drgnął na dźwięk tego słowa. Czarna zima z północy zrobiła coś potwornego – wydarła z jego umysłu całe stulecia pamięci, zamieniając historię Lasu w pusty, zamarznięty ugór. Wróg dostał to, czego chciał: całą wiedzę mędrca, a w zamian zostawił tylko skorupę.

Starzec rzekł tylko: – Odejdźcie.

Z głębi czarnego krateru u ich stóp dobiegł nagle wściekły, metaliczny skowyt. Mechaniczne ogary poczuły obecność żywych istot. Aelwion skoczył naprzód, próbując złapać mędrca za pas i odciągnąć go siłą od przepaści, ale Thalendir uniósł dłoń.

Bez słowa uderzył w nich falą potężnej magii, która natychmiast zmroziła powietrze w locie. Między ekipą ratunkową a krawędzią urwiska z potwornym hukiem wyrosła nieprzenikniona ściana z czarnego, zlodowaciałego torfu i kryształów.

Przez grubą taflę lodu Sylwion zdołał zobaczyć już tylko jedno. Zielony płaszcz Thalendira poruszył się po raz ostatni, gdy stary mędrzec, spokojnym i miarowym krokiem, zaczął schodzić w głąb ciemnego krateru. Prosto w ramiona wroga, którego sam kiedyś przysiągł zniszczyć.

– Wycofać się! – ryknął Turus, słysząc, jak lód za nimi zaczyna pękać pod naporem żelaznych pazurów. – Sylwionie, Aarien, w tył zwrot! Już nic tu nie zrobimy!

Uciekali przez mgłę, ścigani przez wyjący, milczący wiatr z północy. Nikt nie oglądał się za siebie. Szli napędzani już nie nadzieją, a czystym, pierwotnym przerażeniem.

Kilka godzin później, gdy lodowe poszycie wreszcie ustąpiło miejsca normalnym, leśnym ścieżkom, Sylwion zatrzymał się na skraju doliny. Spojrzał na dolinę, i dostrzegł ciepłe światło w oknie Domu pod Wiązami. Na pewno tliła się w nim świeca zapalona przez Ettę.

Musiał tam wejść. Musiał usiąść przy stole, spojrzeć żonie w oczy i powiedzieć jej najgorszą prawdę. Thalendir żyje. Ale ich mistrz, ich przyjaciel i największa tarcza tego lasu… po prostu przestał istnieć.

Las zamilkł na dobre. I tym razem żadna baśń nie potrafiła przynieść ukojenia.

KONIEC CZĘŚCI IV.


poprzednie części


🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿

🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌

Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗

Przesyłam ciepłe iskierki!

Elena 🌿

4 myśli na temat “Milczący wiatr z północy. Gdzie jest Thalendir? cz.4 – Opowiadanie fantasy”

Dodaj własny

  1. Straszne to jest, nie może się to tak skończyć!😔 Myślę że zszedł w ten krater żeby przejść transformację i zdobyć nowe umiejętności które pomogą mu chronić las.

  2. Walka toczy się zawsze. Walczymy o swoje marzenia, o lepsze żecie dla swoich bliskich i siebie, o lepszą przyszłość. Teraz muszę walczyć o swoje zdrowie, a co za tym idzie i o życie.

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Odkryj więcej z Las z Mchu i Paproci

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej