Blizny Rubieży. Odkupienie Caladmira – Część 2: Strażnicy szczelin

Wojna na Południu nie miała nic wspólnego z rycerskimi opowieściami o koronie More. To była cicha, brudna pokuta za grzechy, o których mało kto już pamiętał. Starcy w wioskach gadali coś o magach, którzy wieki temu rozbili granitowe pieczęcie w głębi gór, szukając kruszcu, a zamiast tego dokopali się do czegoś, co powinno zostać pod ziemią.

Miejscowi mówili na nich Gryzący Skałę. Ślepe, zwaliste bestie o karkach grubych jak pnie drzew, pokryte bazaltową łuską. Nie potrzebowały oczu – szły na zapach krwi i najmniejszy szmer. Przez pokolenia to cholerstwo wyrzynało pogranicze, dopóki pierwsi ochotnicy nie zaryglowali własnymi ciałami Wąwozu Mgieł. Od tamtej pory wojna stała się po prostu rzeźnicką codziennością. Krwawą wartą na skraju świata, gdzie każde nowe pęknięcie w skale oznaczało jakiś pogrzeb. Współcześni weterani przejęli od tamtych straceńców nazwę „Złamane Tarcze”. Nosili ją nie jak order, ale jak wyrok.

Tej nocy mit z trubadurskich pieśni ostatecznie zdechł, ustępując miejsca lodowatej rzeczywistości.

Wąwóz Mgieł, w który weszli tuż po północy, przypominał gardło potwora. Między czarnymi ścianami wisiała gęsta, lodowata zawiesina, która osiadała na twarzach i zamieniała oddech w szron. Żadnych ptaków, żadnego wiatru. Tylko miarowy, suchy chrzęst podkutych butów na żwirze i urwane, niespokojne oddechy w ciemności.

Podkute skórzane buty weteranów maszerujących po żwirze w ciemnym, mglistym wąwozie bazaltowym, żołnierze z pochodniami w tle z opowiadania dark fantasy.
Jedynym dźwiękiem był rytmiczny, suchy chrzęst podkutych butów na żwirze i miarowy, niespokojny oddech idących w milczeniu mężczyzn.

Caladmir szedł w samym środku kolumny, kurczowo zaciskając palce na rękojeści noża. Jako jedyny elf wśród tych ludzkich skazańców widział i słyszał więcej, ale to nie zmysły nim szarpały. Pod skórzanym karwaszem stara, sina blizna zaczęła nagle rwać. To nie był zwykły ból – skóra paliła żywym ogniem, jakby krew z Zamorza wyczuwała to, co nadchodziło.

– Idą – rzucił krótko Toren, zatrzymując się na szpicy. Jego jedyne oko błysnęło w mroku.

Twarz weterana, poorana od mrozu, nie wyrażała nic. Drugie oko stracił trzy zimy temu, kiedy odprysk kamiennej łuski rozciął mu policzek, a siarkowy jad wypalił gałkę oczną do kości. Toren wtedy nawet nie jęknął – wiedział, że te stwory polują na dźwięk. Teraz po prostu splunął na czarny żwir, a w ciszy rozległ się ostry zgrzyt jego zaciskanych zębów. Weterani nie potrzebowali innych rozkazów. Bez słowa, ramię w ramię, zaczęli zacieśniać mur z tarcz.

Toren, jednooki weteran z opowiadania fantasy, starszy wojownik z siwą brodą i opaską na oku w podrapanej, ciężkiej zbroi płytowej w ciemnym wąwozie.
Toren nie krzyczał – wiedział, że bestie karmią się hałasem. W ciszy rozległ się tylko krótki, przeraźliwy zgrzyt jego zaciskanych zębów.

Ziemia pod stopami nagle tąpnęła. Z pęknięć w bazalcie buchnął fetor zgniłego mięsa i siarki. Długie, czarne pazury zazgrzytały o skałę z takim jazgotem, że aż drętwiały zęby. Strach uderzył w kolumnę jak obuch, łamiąc na sekundę wyćwiczoną przez lata dyscyplinę. Jeden z młodszych chłopaków nie wytrzymał, wrzasnął z przerażenia – i to był jego koniec. Dwie potężne, brunatne masy runęły w mrok na oślep, prosto na dźwięk. Żołnierze mocniej chwycili za broń, a w ich oczach strach zmieszał się z tą kanciastą, szaleńczą determinacją ludzi, którzy wiedzą, że z tego wąwozu nie ma już dokąd uciec.

Zaczęła się rzeź. Żelazo z głuchym, nieprzyjemnym brzękiem odbijało się od kamiennych pancerzy, sypiąc iskrami.

Caladmir ciął w absolutnym transie, odcinając się od wrzasków patroszonych ludzi i rzężenia zdychających bestii. Nie szukał tu chwały ani żołnierskiego honoru. Ruszał się z chłodną, desperacką rezygnacją kogoś, kto już dawno spisał swoje życie na straty. Zamierał w bezruchu na ułamek sekundy, gubiąc trop, a potem uderzał precyzyjnie w miękkie, pulsujące szczeliny między łuskami. Parował ciosy, które mało nie łamały mu rąk, zasłaniał plecy obcych facetów z oddziału. Walczył tak, jakby podświadomie czekał na to jedno uderzenie, które wreszcie skończy jego mękę.

Wtedy cienie się rozstąpiły i skoczył na niego wielki samiec. Siła uderzenia zwaliła elfa z nóg. Caladmir poczuł na twarzy gorący, zgniły oddech, a ciężka, najeżona pazurami łapa uniosła się do góry.

Instynktownie uniósł rękę, żeby zasłonić gardło. Rzemienie karwasza pękły z trzaskiem. Z odsłoniętej, sinej blizny wytrysnął nagle oślepiający, dziki blask. Magia Zamorza – ten przeklęty syf, przez który stracił wszystko – eksplodowała w czarnym wąwozie z siłą małego słońca.

Powalony na ziemię elf Caladmir z przerażoną twarzą i szeroko otwartymi oczami, unoszący prawą dłoń, z której gwałtownie wybucha potężny snop złotej magii w mrocznym bazaltowym wąwozie.
W tym krytycznym momencie Caladmir uniósł prawą rękę, instynktownie zasłaniając się przed uderzeniem. Z jego dłoni wytrysnął nagle oślepiający, dziki blask.

Bestia ryknęła nieludzko, łapiąc się za poparzoną mordę, i zwaliła się na kamienie. Złota fala przeszła przez rów, spychając resztę stada z powrotem w głąb podziemnych szczelin.

A potem wszystko zgasło i w wąwozie zapanowała gęsta, dzwoniąca w uszach cisza. Caladmir siedział na brudnej ziemi, łapiąc powietrze jak ryba i gapiąc się na swoją dłoń, z której wciąż sączyły się złote pasemka. Żył. Choć zrobił wszystko, żeby zdechnąć na tym zapomnianym pustkowiu, ta przeklęta krew znowu mu na to nie pozwoliła.

A jak Wam podoba się postać Torena i mroczny Wąwóz Mgieł? Dajcie znać w komentarzach, czy Caladmir powinien teraz wrócić do syna, czy zostać z oddziałem!

Pierwszą część tej sagi przeczytasz TUTAJ

🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿

🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌

Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗

Przesyłam ciepłe iskierki!

Elena 🌿

6 myśli na temat “Blizny Rubieży. Odkupienie Caladmira – Część 2: Strażnicy szczelin”

Dodaj własny

  1. O rety ale zwrot akcji. To teraz musi zostać bo zna broń przeciw tym okropnym bestiom. Ale nie dłużej niż to konieczne synek czeka.Czyli jednak nie do końca to jest przekleństwo?
    Może inni będą mogli zdobyć taką moc? Bo okazuje się że przekleństwo jest przydatne?

    1. Caladmir uciekał przed tą magią na skraj świata właśnie dlatego, że uważał ją za czyste przekleństwo. A teraz okazuje się, że bez niej weterani nie mieliby szans. To dla niego ogromny wstrząs emocjonalny. Czy mały Leo i Elora doczekają się powrotu ojca i męża? Tego jeszcze nie zdradzę, ale obiecuję, że kolejny rozdział przyniesie sporo odpowiedzi.

      1. Wszystko ma swoje złe i dobre strony. Nawet przeklęta magia moży być przydatna. Tak jak Danusia uważam, że powinien pozostać. Pewnie owe dzikie stwory zbliżając się do miejsc zaszczepienia przeklętej magii wywołują jej eksplozję. Równocześnie magia będzie zagnieżdżona w swoim nosicielu tak długo jak będę istniały potwory wywołujące eksplozję magii. Jeśli ktoś wystawi komentarz pod moim będę pisał dalej.

    2. Jeśli chodzi o Torena to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Doświadczony i odpowiednio zmotywowany. Będzie wiedziałw jaki sposób efektywnie wykorzystać potęgę przeklętej magii.

    1. Niewiele widziałem Wąwozu, wiem, że są tam tylko skały i piach, a stukające buty podnoszą kurzawy pyłu. Oprócz pyłu ciągle snuje się tam mgła i nie jest to zwykła znana nam mgła, utkana z kropelek, to czerwonawo-różowawy opar, sączący się wciąż ze szczelin skalnych. Snujący się po piachu, wywołujący odrazę. Mroczny Wąwóz Mgieł.

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑