Kroniki z Mchu i Paproci: Matka Korzeni. Tajemnica starego ula

Gęstniejący cienie przesiąkały już chłodem, który od kilku dni spływał w dolinę rzeki prosto z rdzawych wyżyn. Sierpień się kończył. Wieczorami bór pachniał inaczej niż w maju – suchą korą, opadłymi szyszkami i tym specyficznym, ostrym aromatem podszytu, który szykuje się do snu.

Abeja stała na ścieżce, trzymając w dłoniach pęki lnianych szmat i gliniany gar z gęstą mazią z żywicy i wosku. Przed nią, wzdłuż dębowego płotu, ciągnął się rząd uli. Złota Pasieka cichła. Robotnice nie krążyły już gęstymi chmurami nad lądownikami; większość siedziała głęboko w ciemnych korytarzach klatek, miarowym, leniwym brzęczeniem ogrzewając matki.

– Trzymaj mocniej, Hubert. Jeśli teraz puszczę ten rygiel, cała słoma wysypie się na wrzosowisko – rzuciła cicho, nie odwracając głowy.

Hubert zaparł się o podwalinę ula. Dociskał ciężką, słomianą matę, którą zabezpieczali boki drewnianej konstrukcji przed pierwszymi przymrozkami. Krasnal zmężniał, a jego dłonie nawykły już do ciężkiej, fizycznej pracy przy skórach i w pasiece.

Nagle ziemia pod ich stopami drgnęła. Cichy, miarowy stukot pazurów o twarde korzenie obwieścił powrót trzeciego mieszkańca pasieki.

Baryłka nie był już tym puszystym kłębkiem, którego Abeja mogła wiosną podnieść jedną ręką. Przez te kilka miesięcy chłopak rósł jak na drożdżach – podsycany miodem z Wybrzeża Mgieł i dzikimi leśnymi jagodami, przedwcześnie zyskał posturę dojrzałego, zwalistego niedźwiedzia. Kiedy szedł, jego zwaliste, brunatne cielsko kołysało się z niemym dostojeństwem, a pod gęstym futrem pracowały twarde mięśnie. Tylko te jego uszy, wciąż odrobinę za duże w stosunku do reszty łba, i nawyk spoglądania spode łba zdradzały, że w środku to wciąż niespełna roczny maluch.

Miś podszedł do nich, fuknął ciężko, kładąc wielki jak bochen chleba pysk bezpośrednio na ramieniu Huberta, o mało nie przewracając krasnala.

– No już, wielkoludzie, zostaw go – zaśmiała się krótko Abeja, wycierając dłonie w fartuch. – Zamiast przeszkadzać, powąchaj powietrze od wschodu. Coś jest nie tak.

Potężny brunatny niedźwiedź Baryłka o gęstym futrze stoi na leśnej ścieżce pośród szmaragdowych paproci i czujnie patrzy w bok

Baryłka uniósł łeb. Jego czarny, wilgotny nos zaczął miarowo pracować. Gdzieś zza Srebrzystego Strumienia, skąd zazwyczaj ciągnęła wilgoć i zapach tataraku, wiatr przyniósł coś obcego. Coś, co sprawiło, że ogromny kark niedźwiedzia natychmiast zesztywniał, a z jego gardła wydobył się niski, wibrujący warkot.

W tej samej sekundzie pasieka zamarła całkowicie. Ostatnie pszczoły, które siedziały na wylotkach, spadły w mech, jakby nagle straciły władzę w skrzydełkach. Nastała głucha, nienaturalna cisza. Nie było słychać ani jednego owada.

– Abeja… – Hubert wskazał palcem na stary, opuszczony ul stojący pod korzeniami prastarego dębu, z którego dawno już wyszedł rój.

Krasnal Hubert z miedzianymi włosami i spiczastymi uszami patrzy z bliska z wielkim zaskoczeniem na siny, niebieski blask bijący z wnętrza starego pnia drzewa

Szczeliny między zeschniętymi deskami starego kloca zaczęły pulsować dziwnym, sinym światłem. Nie był to jednak ogień. Blask był chłodny, przypominający mgłę o zmierzchu. Po chwili z ciemnego otworu wylotka wysunęła się pierwsza pszczoła. Była trzykrotnie większa od robotnic Abeji. Jej pancerz nie miał w sobie złota – był szary, matowy, jakby wykuty z chłodnego łupka, a skrzydła poruszały się bezszelestnie, rozsiewając wokół zapach rzecznego mułu i tataraku.

Za nią zaczęły wychodzić kolejne. Setki. Tysiące. Tworzyły gęsty, siny dywan, który pokrył cały stary ul. Na samym środku tego milczącego stada pojawiła się ona – Matka Korzeni. Pradawna królowa leśnego, dzikiego stada, o której Abeja słyszała tylko w opowieściach starego Thalendira. Jej długi, segmentowany odwłok mienił się srebrem, a wielkie oczy patrzyły na Mistrzynię Pasieki z chłodną mądrością.

Olbrzymia królowa pszczół Matka Korzeni o matowym, szarym pancerzu siedzi na mszystym pniu w otoczeniu swojego milczącego stada owadów

Królowa nie brzęczała. Fala dźwięku, którą emitowało jej stado, była tak niska, że słyszeli ją nie uszami, a wewnątrz klatki piersiowej. To był rozkaz. Dziki rój szukał schronienia przed czymś, co szło ze wschodu – przed zimnem, które nie było zwykłą zimą.

Baryłka postąpił krok naprzód, zasłaniając swoim wielkim cielskiem Abeję i Huberta. Stanął mocno na łapach, gotów uderzyć każdego, kto naruszy spokój ich polany, ale jego małe ślepia patrzyły na szary rój z wyraźnym rygorem i szacunkiem. Zwierzęcy instynkt podpowiadał mu, że ta cisza to dopiero początek czegoś większego.

– One nie chcą walczyć, Baryłko – szepnęła Abeja, kładąc dłoń na napiętym grzbiecie niedźwiedzia. – One uciekają. Hubert, zostaw te maty. Musimy otworzyć dla nich dolne komory pod dębem. Jeśli Matka Korzeni zostanie na mrozie, nasz bór na wiosnę nie obudzi się do życia.

Hubert skinął głową, choć jego wzrok utknął na srebrzystym pancerzu królowej. Gdzieś w głębi jego zablokowanej pamięci, ten specyficzny, siny blask poruszył jakąś dawną, zakurzoną strunę. Widział już to światło. Dawno temu, zanim trafił do Lasu z Mchu i Paproci.

Praca w pasiece miała potrwać do późnej nocy, a nadchodzący wrzesień przestał być już tylko obietnicą chłodniejszych dni – stał się początkiem nowej, niepokojącej tajemnicy.


Drugą cześć tej opowieści przeczytasz TUTAJ

🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿🌿

🏡 DOŁĄCZ DO NASZEJ LEŚNEJ RODZINY! 💌

Zostaw swój adres e-mail i usiądź z nami przy wspólnym, leśnym stole. W każdą niedzielę rano dostaniesz ode mnie list. Usiądź wygodnie, rozgość się i odpocznij. Jesteś tu zawsze mile widziany💗

Przesyłam ciepłe iskierki!

Elena 🌿

3 myśli na temat “Kroniki z Mchu i Paproci: Matka Korzeni. Tajemnica starego ula”

Dodaj własny

  1. Dzikie zwierzęta przeczuwają zbliżające się zło. Tak więc zło czai się z każdej strony. Tam przy strażnicy pojawił się szary smok Ss … W złotej pasiece, rój prastarych pszczół, szuka nowego schronienia. Mieszkańcy lasu muszą wzmóc uwagę. Co by się jednak nie działo, trzeba robić swoje, by oni i las przetrwały zimę. Jaka by ona nie była.

    1. Jak zwykle Twoja intuicja i czujność są niezawodne. Masz absolutną rację – przyroda ma swój niezwykły, niewidzialny system ostrzegania i sygnały, które wysyła, nigdy nie są przypadkowe. Zarówno powrót dzikiego roju Matki Korzeni, jak i niepokojące wieści ze strażnicy pokazują, że nadchodzące chłody przyniosą ze sobą coś znacznie większego niż zwykłą zmianę pór roku. Twoje słowa o „robieniu swojego” to najpiękniejsza zasada przetrwania. Niezależnie od tego, jakie chmury gromadzą się na wschodzie, mieszkańcy pasieki – i całego naszego boru – muszą trzymać się razem, dbać o siebie nawzajem i po prostu przygotowywać bezpieczne schronienia. Pokora wobec tego, co nieuniknione, i codzienna praca – to nasza największa siła.

  2. Ciekawe przed czym uciekają pszczoły. Mam nadzieję że wszystko dobrze się skończy. I że las będzie znowu bezpiecznym schronieniem dla wszystkich.

Witaj pod naszym bezpiecznym dachem! Zostaw po sobie dobre słowo i ciepłą iskierkę. U nas każdy wędrowiec jest mile widziany. Rozgość się! 🌿

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑